Home > Energetyka Gaz > Dywersyfikacja versus geopolityka

Dywersyfikacja versus geopolityka

jamal pieremyczka opal_porzeskal

Początki prac na rzecz sprowadzenia gazu do Polski z kierunku północnego sięgają lat 90. XX wieku. Mimo wielu prób efekt wciąż był jednak ten sam. Za przyczyną polskich niepowodzeń wydaje się stać strategiczny sojusz rosyjsko-niemiecki, który został zawarty znacznie wcześniej, bowiem na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Dlatego zwrócenie się Warszawy w kierunku własnych zasobów gazu, jakim jest surowiec w złożach niekonwencjonalnych był wyjątkową okazją by wyrwać się z tej geopolitycznej matni. 

W wyniku wojny Jom Kippur w 1973 r. doszło do pierwszego kryzysu naftowego. W jego konsekwencji kanclerz Willy Brandt ogłosił decyzję o stopniowym odchodzeniu od ropy naftowej na rzecz energii jądrowej. Jednak już w rok później, w wyniku afery szpiegowskiej (wykryto szpiega w otoczeniu kanclerza) i gospodarczych problemów wewnętrznych, kanclerz Brandt podał się do dymisji. Na przestrzeni lat 1973-1975 w Ludwigshafen i Wyhl miały miejsce rozruchy uliczne, w których udział brali m. in. anarchiści i tzw. zieloni. W wyniku tych manifestacji następca Brandta kanclerz Helmut Schmidt ogłosił w 1975 r. zwrot w polityce energetycznej RFN iodejście od elektrowni jądrowych na rzecz energii produkowanej przez wiatraki. Jednak to dopiero drugi kryzys naftowy z 1979 r. doprowadził do zwiększenia presji na odnawialne źródła energii (OZE). W trzy lata później, w 1982 r., powstał dokument „Energiewende – wzrost dobrobytu bez ropy i uranu”, a wśród autorów znaleźli się niegdysiejsi (1973-75) anarchiści i zieloni. Ale dopiero katastrofa w Czarnobylu w 1986 r. doprowadziła do wzrostu w społeczeństwie niechęci wobec energii jądrowej.

Jednak RFN, po wykonaniu prostych kalkulacji ekonomicznych, dokonała odejścia od energetyki jądrowej na rzecz węgla. Na ratunek OZE przyszedł jednak kolejny kanclerz Helmut Kohl ogłaszając w 1987 r. – jako jeden z pierwszych pierwszoplanowych polityków Europy – narastające niebezpieczeństwo związane ze zmianami klimatu i efektem cieplarnianym. Co stało się najlepszym argumentem na rzecz eliminacji węgla z portfela energetycznego Bonn i zastąpienia go przez OZE. W tym miejscu należy podkreślić, że wiatr nie zawsze wieje, a nasłonecznienie także jest zmienne – w przeciwieństwie do potrzeb energetycznych kraju, które nie są uzależnione od warunków atmosferycznych.

Dlatego rozwój OZE pociąga za sobą zwiększoną konsumpcję gazu, który pełni rolę stabilizującą dla tzw. zielonej energii, jako że elektrownie gazowe w łatwy i szybki sposób można uruchamiać (gdy wiatr nie wieje) i wyłączać (gdy słońce świeci). Warto również odnotować, że energia wytwarzana z OZE była i jest nieporównywalnie droższa od tej produkowanej z klasycznych źródeł i dlatego dla rozwoju technologii tzw. zielonej energii niezbędne były środki finansowe, które pojawiły się dopiero w 1991 roku w postaci taryf gwarantowanych dla producentów energii. W kilka lat później, w 2007 r., podczas prezydencji niemieckiej w UE program „3×20″ zakładający zmniejszenie emisji dwutlenku węgla o 20 procent, zwiększenie produkcji energii z OZE o 20 procent i poprawa efektywności energetycznej o 20 procent zostało wprowadzone do agendy UE.

Drugą stroną tej samej monety jest umowa zawarta przez Leonida Breżniewa i Helmuta Schmidta w 1980 r. Zakładała ona długoterminową współpracę gospodarczą, zwłaszcza w zakresie budowy gazociągów i przesyłu gazu. Co warte odnotowania, umowę podpisano mimo sankcji nałożonych przez Zachód na Związek Sowiecki, w wyniku jego agresji na Afganistan. Ale jak okazało się presja prezydenta USA Ronalda Reagana nie zdołała wywrócić porozumienia, lecz tylko opóźniła jego realizację. Gazociąg Jamał-Europa, który był sednem porozumienia z 1980 r., został oddany do użytku w 1999 r. Umowa zawarta przez Schmidta i Breżniewa z czasem wyewoluowała do formy Gazociągu Północnego, którego pierwsze dwie nitki zostały oddane w 2011 i 2012 r. O kolejne dwie nitki toczy się właśnie w Europie spór.

Jednak skoro sankcje nałożone na ZSRS nie powstrzymały Bonn i Moskwy od sojuszu w latach 80., to dlaczego dziś miałoby być inaczej, mimo wojny na Ukrainie? Niska cena ropy też wydaje się nie mieć tutaj znaczenia, bo strategiczne sojusze zawierane są na dekady i na ich realizację nie wpływają przejściowe trudności.

Takim chwilowym problemem, z perspektywy Moskwy i Berlina, był polski projekt wydobycia gazu z łupków. Ale po dziesięciu latach prac nad gazem niekonwencjonalnym możemy uznać, że Warszawa nie podołała temu wyzwaniu. Niestety projekt wydobycia gazu z łupków niemalże od samego początku był źle zarządzany – czy też raczej nie był zarządzany w ogóle. Pierwsze koncesje na poszukiwania węglowodorów w złożach niekonwencjonalnych zostały wydane przez Głównego Geologa Kraju prof. Mariusza-Orion Jędryska. Wraz z ś.p. Janem Krasoniem (polskim geologiem mieszkającym w USA) zachęcili potężne firmy zagraniczne do wejście na polski rynek.

Jednak wraz ze zmianą władzy w Polsce doszło do zmiany na stanowisku GGK i jego następca wydał ponad sto koncesji, które zostały przyznane w systemie bezprzetargowym, mimo że ówczesne (1994 r.) prawo geologiczne i górnicze (Pgg) umożliwiało przeprowadzenie przetargów (art.11). Koncesje były przyznawane w Ministerstwie Środowiska przez Departament Geologii i Koncesji Geologicznych, który składał się z trzech osób i w żaden sposób nie był w stanie przygotować odpowiedniego zapisu koncesji dla tak dużej liczby koncesjonobiorców. Efektem tego były umowy koncesyjne, w których nie zawarto zapisów obligujących firmy zagraniczne do przeprowadzenia odpowiedniego programu robót poszukiwawczych i złożenia w wyznaczonym terminie informacji pozyskanych w trakcie procesu eksploracji. O tym można było przeczytać w raporcie Najwyższej Izby Kontroli.

Rząd, mimo trudnego stanu faktycznego polskiego projektu łupkowego, nie wzmógł kontroli i egzekwowania prac lecz od 2006 r. do 2011 r. pracował nad nowym prawem geologicznym, które zostało przyjęte za kadencji Jacka Henryka Jezierskiego w listopadzie 2011 r. Już w grudniu nowy GGK Piotr Woźniak ogłosił, że dopiero co przyjęte Pgg nie zabezpiecza odpowiednio interesu kraju i rozpoczął proces nowelizacji Pgg, który to zakończył jego następca Sławomir Brodziński w 2015 r. W ten oto sposób przez dziewięć lat poszczególni Ministrowie Środowiska i GGK pracowali nad Prawem geologicznym i górniczym.

Zarazem ówczesny Główny Geolog Kraju Piotr Woźniak nigdy nie objął stanowiska Pełnomocnika rządu ds. węglowodorów, mimo że stosownym rozporządzeniem z dnia 26.06.2012 został implicite na to stanowisko powołany. Piszę „implicite”, bowiem w rozporządzeniu powołującym urząd pełnomocnika był zapis stanowiący, że pełnomocnikiem będzie podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska, a stanowisko to piastował wówczas Piotr Woźniak. Ponadto ówczesny premier Donald Tusk wskazał Piotra Woźniaka na stanowisko pełnomocnika. Kwestia ta jest o tyle ważna, że do czasu powołania Ministerstwa Energii energetyką w Polsce zajmowali się: Ministerstwo Gospodarki, Skarbu Państwa, Środowiska, Spraw Zagranicznych, Finansów, Rolnictwa, Transportu i Infrastruktury, Prezydent, Premier, URE i UOKiK. Pełnomocnik miał być tym, który będzie spajał prace i sprowadzi energetykę do zarządzania z jednego biurka – do czego się jednak nie udało doprowadzić.

Za to w okresie, gdy GGK był Piotr Woźniak mieliśmy dwuletni spór o Narodowego Operatora Kopalin Energetycznych (NOKE). Przypomnę tylko, że powoływano się wówczas na casus Norwegii, gdzie Petoro (norweski NOKE) pojawia się  na poziomie koncesji wydobywczych i wnosi wkład w postaci informacji geologicznych. W Polsce Narodowy Operator Kopalin Energetycznych także miał tworzyć z firmami zagranicznymi konsorcjum dopiero na poziomie koncesji eksploatacyjnych. Sprawę jednak komplikuje fakt, że w Polsce koncesje poszukiwawcze były zarazem promesą na wydobycie, ponadto wydano je w systemie bezprzetargowym, pomijając także proces prekwalifikacji. Do tego firmy uzyskując koncesje nabyły prawa, zgodnie z obowiązującym wówczas PGG, i mogłyby po prostu nie wyrazić zgody na współpracę z NOKE.

Ponadto Narodowy Operator Kopalin Energetycznych miał wnosić kapitał (do 5 procent), który nie był godny uwagi firm zagranicznych. Miało to jednak umożliwić rządowi wybrnięcie z trudnej sytuacji, bowiem Polska jak nie posiadała informacji geologicznej na początku projektu poszukiwań gazu z łupków, tak i dziś jej nie posiada. Z raportu NIK dowiadujemy się, że w wyniku zapisów koncesji, jak i braku koordynacji na linii Minister Środowiska – Główny Geolog Kraju – Państwowy Instytut Geologiczny do Centralnego Archiwum Geologicznego mieszczącego się w PIG-u trafiło zaledwie 13 rdzeni (z ponad 53 odwiertów), z czego 12 nie nadawało się do jakichkolwiek badań (nie spełniały kryteriów jakościowych i ilościowych), a jedyny rdzeń wart badań nie posiadał adnotacji kiedy, skąd i z jakiej głębokości go pobrano.

Zatem nie dość, że tego skromnego zakresu robót – który w koncesjach został zapisany – nie wykonano, to nawet tych nielicznych informacji geologicznych przekazywanych przez firmy nie potraktowano poważnie. Nie przeszkodziło to jednak PIG opublikować w 2012 r. raportu „otwarcia” dotyczącego szacunkowych ilości gazu z łupków w Polsce. Raport, który opublikowano sześć lat od rozpoczęcia procesu poszukiwań, nie zawierał nawet informacji z nielicznych (53) odwiertów, bowiem jak już wiadomo PIG informacją geologiczną po prostu nie dysponował. Nie zmienia to jednak faktu, że raport został opublikowany a ówczesny GGK Piotr Woźniak – podczas konferencji prasowej – firmował go powagą stanowiska, które pełnił.

W kontekście procesu poszukiwań gazu z łupków warto zauważyć kilka innych problemów, jak chociażby brak wiertni. W Polsce, w szczytowym okresie poszukiwań, było siedem wiertni. W USA, dla porównania było ich 1873 (dane za 2014 r.). Polska charakteryzuje się również ogromnymi brakami infrastrukturalnymi: połowa kraju jest niezgazyfikowana, a za 10 lat 65% infrastruktury będzie się nadawać do wymiany. O problemach z budową jakichkolwiek sieci przesyłowych w Polsce nie trzeba dużo pisać, wystarczy przypomnieć, że tzw. ustawa korytarzowa, mająca ułatwić proces budowy linii przesyłowych, rodziła się w bólach i trudach przez sześć lat (w latach 2009-2015 ) aż w końcu porzucono prace nad nią. I nawet rząd chcąc podłączyć terminal LNG do sieci krajowych musiał wpisać nowe gazociągi do specustawy terminalowej. Skoro rząd musi sięgać po specustawę, by budować gazociągi łączące terminal z siecią krajową, to w jaki sposób firma zagraniczna ma podłączyć złoże do infrastruktury?

Problemy, które napotkał projekt poszukiwań gazu z łupków w Polsce można mnożyć. Jak chociażby casus przetrzymywania przez pół roku na granicy kontenera z wiertnią. Myślę jednak, że w tym miejscu warto spojrzeć na gaz z łupków z perspektywy wielkiej szansy na dywersyfikację źródeł do Polski. III RP usiłuje sięgnąć po surowiec z kierunku innego niż wschodni od swego zarania.

Już w latach 1990-1992 Warszawa podjęła próbę sprowadzenia gazu z kierunku innego niż Moskwa. Zablokowano ją jednak poprzez podpisanie Traktatu między Rzeczpospolitą Polską a Federacją Rosyjską o przyjaznej i dobrosąsiedzkiej współpracy (22 maja 1992 r., Borys Jelcyn, Lech Wałęsa). Artykuły 3 i 9 tego Traktatu dotyczą wyprowadzenia wojsk sowieckich z Polski i budowy wspólnych linii tranzytowych. Na mocy tego dokumentu powstał gazociąg Jamał-Europa i tym samym przekreślono szansę dywersyfikacji źródeł gazu do Polski, jak się wydaje, na ponad dwie dekady.

Kolejne próby dywersyfikacji z lat 1997-2001, gdy także próbowano sprowadzić gaz z Norwegii i zawarto nawet stosowne umowy, także skończył się klęską. W 2006 r. podjęta po raz trzeci staranie na rzecz sprowadzenia surowca z północy i podobnie jak w 1997 r. w pracach uczestniczyli Piotr Woźniak i Piotr Naimski. Jednak konsorcjum powołane na rzecz budowy gazociągu Skanled zmieniło swój skład i budowa gazociągu została wstrzymana. W 2016 r. pani premier Beata Szydło wraz z obecnym prezesem PGNiG Piotrem Woźniakiem i pełnomocnikiem rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotrem Naimskim podjęli kolejną (czwartą już) próbę na rzecz dywersyfikacji źródeł gazu do Polski. Niestety norweski Statoil i Gassco (operator przesyłowy, odpowiednik naszego Gaz-Systemu) odmówili rozmów nie widząc na ten moment możliwości współpracy.

Grzegorz Makuch

Tekst został opublikowany w „Trybunie Górniczej” i na portalu nettg.pl (19.03.2016 r.)

This article was posted in Energetyka Gaz and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. Follow comments with the RSS feed for this post. Post a Comment or leave a trackback: Trackback URL.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2017 Energetyka i Polityka. All Rights Reserved.
Powered by WordPress. Tiger theme by Jo Cox Design