Home > Publicystyka wywiady > Dlaczego premier Tusk boi się kontroli ze strony polskiego parlamentu…?

Dlaczego premier Tusk boi się kontroli ze strony polskiego parlamentu…?

- rozmowa z posłem dr hab. Krzysztofem Szczerskim

12.12.2011 r.

dr hab. Krzysztof Szczerski

- W interesie Polski nie leży jednolite zarządzanie polityką gospodarczą, bo to oznacza ujednolicenie podatków. Polska, póki nie przyjmie euro, nie będzie też mogła brać udziału w glosowaniu nad sankcjami dla państw strefy euro. Zatem po co ministrowie  Rostowski i Sikorski i premier Tusk na siłę sadzali Polskę przy tym stole? Zwłaszcza, że – co zapowiedział Krzysztof Rybiński – wiadomo było, iż w ruch pójdzie kapelusz na zrzutkę…
- Trzeba zacząć od tego, że powoli, każdego kolejnego dnia dochodzą do nas nowe informacje na temat tego co ustalono na tym szczycie, a właściwie  czego  tam nie ustalono.. W poniedziałek po Radzie  minister Dowgielewicz ogłosił, że nie bardzo jeszcze wiadomo, jak ma wyglądać owa zrzutka na strefę euro, bo te decyzje dopiero teraz będą dopracowywane. Nawet nie ma zapowiedzianego wcześniej podziału koniecznej sumy na kraje strefy euro – w większości, i mniejszego udziału państw spoza strefy euro. Teraz się okazuje, że to będzie ogólna zrzutka i nie wiadomo ile to naprawdę będzie nas kosztowało. Nie wiadomo też, jak ma wyglądać  „unia fiskalna”, ów  pakt, który rzekomo został wynegocjowany… Czytałem konkluzje Rady  Europejskiej i tam nie ma słowa o żadnym nowym  pakcie, w ogóle takie pojęcie się nie pojawia, nie pojawia się pojęcie nowego traktatu międzyrządowego, czy umowy międzyrządowej – tych pojęć w ogóle tam nie ma. Wiemy tylko jedno, że politycznie premier Tusk podjął decyzje, że chce siedzieć przy niemieckim stole i to jest jedyny konkretny efekt tych ustaleń. Czyli to, że Polska przyłącza się do pomysłu niemiecko-francuskiego na strefę euro. I to jest konkret polityczny. Nie w sensie formalno prawnym, ale politycznym właśnie. W sensie formalnym ustalono tylko to, , że będziemy płacić haracz na ratowanie strefy euro.

- Prym w UE wiedzie euro grupa. A w ramach euro grupy Niemcy. Może rząd wychodzi z założenia, że Polska nie ma wyboru. Lepiej być w euro grupie – jako członek drugiej kategorii, niż nie być…
- Dwa elementy są ważne. Uważam, że jest to pewna pułapka myślowa – w sensie koncepcji polityki zagranicznej – w którą dał się złapać premier Tusk. Pułapka mówiąca o tym, że jest tylko jedno centrum, a kto w centrum nie jest, ten jest na peryferiach. Myślenie, że jest tylko jedno trwałe centrum, a kto nawet nie jest do centrum podłączony – jak do kroplówki, ten jest na peryferiach, jest dość anachroniczne. Jest to również błąd metodologiczny i koncepcyjny, dlatego że UE od zawsze była policentryczna. W Unii istnieje  wiele ośrodków integrowania się i wiele modeli integrowania się, również wiele modeli życia społecznego, wiele modeli gospodarczych. To właśnie policentryzm był zawsze siłą i specyfiką Unii i przy pewnych wspólnych regułach  porządkujących można było tę wewnętrzną konkurencję uprawiać, nie naruszając modelu policentrycznego. Myślenie o tym, że jest tylko jedno centrum, i kto nie jest do niego podłączony, ten jest na peryferiach, powoduje, że chce się być w tym centrum za wszelką cenę. I że nie ma takiej ceny, której  nie warto zapłacić by być w tym centrum, bo kto w nim nie jest, ten jest na peryferiach. I premier Tusk myśląc tak dał się w tę pułapkę złapać i płaci każdą cenę by być w tym centrum – a to jest poważny błąd polityczny.
Jest jeszcze druga rzecz. Jeśli brać na poważnie, to co mówi premier Tusk o stanie polskiej gospodarki i polskiego budżetu, to jaki jest sens podłączać polską konkurencyjną gospodarkę, polską zieloną wyspę do stagnacyjnej strefy euro? Myśląc logicznie, tak nie ma to sensu. . Zatem, po co wrzucać polską zieloną wyspę do bagna recesyjnego strefy euro? Jaki jest sens podłączać Polskę do centrum stagnacyjnego, kiedy to my jesteśmy  konkurencyjni będąc poza nim.

- Premier Cameron zapowiedział, że przystanie na pakt, jeśli będzie on leżał w interesie Wielkiej Brytanii. A że nie leżał, to nie podpisał – proste i logiczne. Czy była szansa na stworzenie koalicji polsko-brytyjskiej na rzecz nie tworzenia UE dwóch prędkości? Bo decyzja Tuska, diametralnie różna niż Camerona, umacnia UE dwóch prędkości.
- Nie wiemy, co powiedział Cameron Tuskowi przed szczytem i czy była taka szansa w trakcie rozmów, bo trzeba by znać ich dokładny przebieg. Natomiast można powiedzieć kilka rzeczy z perspektywy obserwatora zewnętrznego. Po pierwsze, nigdy nie jedzie się na negocjacje ogłaszając wcześniej, jakie się zamierza przyjąć ostateczne stanowisko. Premier Tusk zadecydował, ustami ministra Sikorskiego, przed szczytem Rady Europejskiej, że godzi się i apeluje wręcz o przywództwo niemieckie. W tym sensie, na wejściu zawęziliśmy sobie pole negocjacyjne. Po drugie, w trakcie tego posiedzenia zrodziła się sytuacja, w której oto pojawiła się grupa państw, które nie odniosły się entuzjastycznie do pomysłu francusko-niemieckiego i były to konkurencyjne państwa spoza strefy euro: Szwecja, Czechy, Wielka Brytania, Węgrzy.  A jeśli pojawia się jakaś nowa dynamika w negocjacjach, nowa sytuacja, to trzeba ją wykorzystać. I nawet nie dlatego, by budować jakąś nową formalną alternatywną koalicję wetująca, ale nawet po to, by uzyskiwać jakieś koncepcje ze strony tych, którym zależy na polskim głosie. Grając sytuacją, że mamy wybór, że nie jest tak, że mamy tylko jedno centrum, ale że jest oto druga konkurencyjna grupa, która wyraża się sceptycznie. Nie mówię, że odrzuca francusko-niemiecki koncept – bo tam nikt nie odrzucał tego pomysłu  – ale ma wobec niego wątpliwości. Wtedy Polska mogła tą sytuację rozegrać tak, by uzyskać jakieś prawa, jeśli nawet miała zgodzić się na te nowe obowiązki, to uzyskać za nie jakieś prawa. My na ten pakt fiskalny i na te obowiązki zgodziliśmy się a priori, w ciemno,  nic w zamian  nie uzyskując, nawet dokładając się do tego całego interesu. W sensie negocjacyjnym jest to kompletna porażka. Nawet jeśli premier Tusk chciał się do tego paktu przyłączyć, bo taki jest jego cel polityczny, to trzeba było wykorzystać sytuację pewnej dynamiki negocjacji i czegoś za to żądać. I na pewno jego żądania byłyby zrealizowane. Ale wydaje się, że nie było żadnych żądań. W związku z powyższym efekt jest taki, że obowiązki otrzymaliśmy nie otrzymując żadnych praw. Nie mamy prawa głosu w strefie euro, natomiast  przyjęliśmy na siebie obowiązki , które będą wynikały z paktu fiskalnego, który mamy zamiar podpisać. .

- Polska mogła zgłosić jakieś uwagi do tego projektu lub zażądać opt-out w jakiejś sprawie, tak? Szwecja zagwarantowała sobie prawo wniesienia parlamentarnych zastrzeżeń.
- Problem jest taki, że polski premier boi się polskiego parlamentu. Widać wyraźnie, że premier Tusk boi się przyjść w ramach formalnej procedury ratyfikacyjnej do polskiego parlamentu. I cały wysiłek, który się dzisiaj gdzieś w zakamarkach obozu rządzącego odbywa, jest skierowany na to, by zamienić debatę o szczycie w show polityczny (to już w czwartek) ale jednocześnie  obrać formalnie taką ścieżkę , żeby parlament nie musiał tego ratyfikować, żeby do parlamentu z tym nie przyjść. Będzie zatem bardzo upolityczniona, PR-owska debata w tym tygodniu będzie gra na podział: „szaleńcy” i „prawdziwi europejczycy”. Ale, z drugiej strony premierowi zależy by nie mieć formalnych konsultacji z parlamentem, który miałby wyrazić formalną opinię na temat tych ustaleń. Polska jest jednym z nielicznych krajów, gdzie nie było konsultacji z parlamentem przed Radą Europejską, mimo że prosiliśmy o to dwukrotnie, żeby tego typu rozmowy się odbyły. SLD wnioskowało o taką samą debatę. W ogóle się ona nie odbyła.  Gdy ktoś kiedyś spojrzy na ślady formalne w dokumentacji  polskiego parlamentaryzmu, to nie będzie w nich ani słowa na temat Rady Europejskiej odbywającej się 8-9 grudnia, jedynie  krótkie dwuminutowe wystąpienie wiceministra spraw zagranicznych na posiedzeniu Komisji ds. Unii Europejskiej, który mówił o tym że w zasadzie nic nie wiadomo i nie wiemy o czym tam będziemy rozmawiać. Nie było żadnych konsultacji przed i jest teraz wielki wysiłek, jak to zrobić, by nie było również ratyfikacji po. To pokazuje różnice między Szwecją, Czechami a Polską. Tamci premierzy mówią, że muszą wrócić do kraju i z parlamentem porozmawiać. Polski premier nie mógł tego powiedzieć, bo polski premier boi się polskiego parlamentu, boi się tych konsultacji, boi się tej ratyfikacji przez polski parlament i to też jest ważna okoliczność.

Rozmawiał Grzegorz Makuch

This article was posted in Publicystyka wywiady and tagged , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. Follow comments with the RSS feed for this post. Post a Comment or leave a trackback: Trackback URL.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018 Energetyka i Polityka. All Rights Reserved.
Powered by WordPress. Tiger theme by Jo Cox Design