Home > Publicystyka wywiady > Partie nie wygrywają dzięki własnym zasługom, ale wskutek błędów popełnianych przez przeciwników

Partie nie wygrywają dzięki własnym zasługom, ale wskutek błędów popełnianych przez przeciwników

 - rozmowa z prof. Joanną Senyszyn

30.04.2009 r.

Prof. Joanna Senyszyn

 

- Czy wizja lewicy, którą José Luis Rodriguez Zapatero zafundował Hiszpanii, może znaleźć podatny grunt w Polsce?
- Już znalazła. Badania przeprowadzone na reprezentatywnej grupie dorosłych Polaków wykazały, że 90 proc. chce głosować na partię, która zajmuje się problemami ludzi pracy, bezrobotnych, wykluczonych. 50 proc. – na partię, która walczy o równouprawnienie kobiet, a 49 proc. na partię, która chce opowiada się za rozdziałem Kościoła od państwa. Właśnie tego Hiszpania dokonała w ostatnich latach.

- Tak, ale w 2001 lewica w Polsce miała poparcie wynoszące 41 proc. poparcia, a w 2005 roku tylko 11 proc. 30 proc. poparcia wyparowało…
- Lewica po dojściu do władzy popełniła szereg błędów, które spowodowały, że część wyborców odwróciła się od nas. Postawiono wówczas na Unię Europejską i zawarto pakt z Kościołem. W zamian za poparcie dla wstąpienia do Unii rząd zobowiązał się nie podejmować żadnych kwestii związanych ze stosunkami państwo – Kościół ani nie zmieniać żadnych ustaw, które Kościół uznaje za ideologiczne, czyli na przykład antyaborcyjnej.

- Leszek Miller post factum stwierdził, że „Paryż wart jest myszy”. Ponadto przypomniał, że w tym samym czasie pani też była posłanką, a głosu sprzeciwu z pani strony nie było jakoś słychać.
- Leszek Miller ma sklerozę. W tamtym okresie często krytykowałam jego błędną, antyjanosikową politykę, polegającą na zabieraniu biednym i dawaniu bogatym. Nie byłam posłuszną posłanką. W 2003 roku napisałam razem z organizacjami kobiecymi, a w 2004 roku złożyłam do laski marszałkowskiej, wbrew Leszkowi Millerowi i rządowi, projekt ustawy o świadomym rodzicielstwie, który zliberalizował przerywanie ciąży i zapewniał finansowanie zapłodnienia in vitro ze środków publicznych. W tamtym czasie byłam jedyną posłanką aktywnie wprowadzającą w życie ustawy, które teraz José Luis Rodriguez Zapatero funduje Hiszpanom.

- Faktem jest, że w Hiszpanii Zapatero, jak i większość partii socjalistycznych Europy, na sztandarach wypisało hasła liberalizacji w dostępie do aborcji, eutanazji, legalizacji związków homoseksualnych. Czy naprawdę Lewica sądzi, że z takimi hasłami można daleko zajść? To jest bardzo wąska grupa społeczna.
- Kobiety, o których prawa walczę stanowią połowę ludzkiej społeczności, a mniejszości seksualne 5-7 proc. Zdecydowana większość obywateli chce prawdziwej równości, sprawiedliwości społecznej, tolerancji. Ludzie pragną żyć w państwie przyjaznym dla wszystkich, także przyjaznym dla mniejszości. Nie tylko seksualnych.

- A czy przypadkiem Lewica nie poszła na łatwiznę ideologiczną? Łatwiej jest przecież walczyć o prawa mniejszości niż o prawa bezrobotnych, kiedy trzeba się czymś faktycznie wykazać poza organizowaniem manifestacji, o której media będą bębnić przez dwa dni.
- Przede wszystkim walczymy o prawa dyskryminowanej większości, ponieważ w Polsce najbardziej dyskryminowane są kobiety. Upominamy się oczywiście także  o prawa bezrobotnych, wykluczonych, o prawa dzieci, żeby nie były bite. Można więc powiedzieć, że walczymy o prawa wszystkich.

- A co państwo robią konkretnego np. dla bezrobotnych?
- W kadencji 2001-2005 zmniejszyliśmy podatek CIT do 19 proc., dzięki czemu powstało wiele nowych miejsc pracy.

- Mamy jednak rok 2009. Przez cztery następne lata partia lewicowa nie polepszyła losu bezrobotnych w Polsce…
- Partia, która ma czterdziestu kilku posłów, nawet jeśli składa projekty ustaw, bez poparcia większości sejmowej nie doprowadzi do ich uchwalenia. Złożyliśmy kilkadziesiąt projektów ustaw, w tym bardzo wiele o charakterze pro pracowniczym i socjalnym. Większość z nich do tej pory leży w zamrażarce u marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego.

- A zatem wychodzi na to, że SLD nic jednak konkretnego nie zrobiło dla bezrobotnych. Składanie projektów ustaw, które nie nabierają mocy prawnej, nie zmienia rzeczywistości ani nie pomaga potrzebującym.
- SLD stale coś robi dla potrzebujących…
- Co konkretnie?
- Kilkudziesięciu posłów w biurach poselskich przyjmuje konkretne osoby i pomaga im indywidualnie.
- Ale to pojedyncze przypadki i nie trzeba być posłem, żeby w ten sposób pomagać ludziom.
- Rozwiązania systemowe mogą być tylko i wyłącznie ustawowe albo – gdy się rządzi – wprowadzane rozporządzeniami. Tam gdzie lewica ma władzę samorządową, buduje na przykład mieszkania. W Sejmie nie mamy większości, a więc nawet, jeśli zgłaszamy projekty ustaw, które by była skłonna poprzeć PO lub wcześniej PiS, to natychmiast piszą one swoje projekty, na wzór naszych, i je sobie przypisują.

- Zawsze w takich sytuacjach się zastanawiam, dlaczego dana partia, w tym przypadku SLD, mająca zbyt niskie poparcie nie potrafi spełnić swych obietnic wyborczych. Przecież skoro 10 proc. społeczeństwa udzieliło poparcia SLD, to znaczy, że Lewica nie wywiązuje się z obowiązków nałożonych na nią przez 10 proc. wyborców, a zadeklarowała się owe obowiązki wypełnić. Zatem przez kilka lat SLD funkcjonuje na scenie politycznej i pobiera wynagrodzenie za niespełnione obietnice.
- (śmiech). Taka jest cecha wyborów, że partia realizuje swój program, jeśli rozporządza w parlamencie większością głosów. Przerażające jest to, że PO, mając w koalicji z PSL, większość w Sejmie, nie zrealizowała żadnego punktu swojego programu wyborczego.

- Widzi pani kuriozalność owej sytuacji, w której poseł piastuje urząd i nie wywiązuje się z obowiązków, a mimo to pobiera wynagrodzenie? Bierze pieniądze za coś, czego nie robi, a nie robi, bo nie ma wystarczająco dużo kolegów z tej samej partii.
- To złe postawienie sprawy…
- Dlaczego?
- Opozycja niejednokrotnie odgrywa ważniejszą rolę niż media to pokazują, ponieważ nie dopuszcza do uchwalenia ustaw niekorzystnych dla Polski i Polaków.
- W jaki sposób to robi?
- Ma możliwość poparcia weta prezydenta. Jest to swoisty bicz na rządzących. Gdyby opozycji nie było, zwycięska partia robiłaby, co chce. Jeżeli w tej chwili, mimo istnienia opozycji, Platforma Obywatelska nie realizuje obietnic wyborczych, to można sobie wyobrazić, jakie by niekorzystne projekty ustaw uchwalała, gdyby tej opozycji zabrakło…
- …albo jak słaba jest opozycja. Czy rolą opozycji jest tylko i wyłącznie kontrola rządzących?
- Opozycja zgłasza projekty ustaw i nawet jeśli nie są one poddawane publicznej dyskusji, stanowią inspirację dla partii rządzącej do napisania… takich samych projektów, ponieważ obywatele domagają się realizacji przynajmniej części zobowiązań wyborczych, również tych złożonych przez partię opozycyjną.
- Jednym słowem – walka o prawa mniejszości seksualnych czy grup pokrzywdzonych to jedyne wyjście dla SLD, bo nie dość, że zyskuje się poparcie, to jeszcze wydaje się to łatwiejsze do przeprowadzenia niż przeforsowanie jakiejkolwiek ustawy przy tak małym liczebnie klubie w Sejmie. Budowanie mieszkań wydaje się trudniejsze.
- To wcale nie jest łatwiejsze…
- Manifestację zorganizować łatwo, mówi się o niej wówczas w mediach na dwa dni przed i dwa dni po…
- Najlepszym dowodem jest to, jak mało posłów bierze udział w takich manifestacjach.
- Chyba nie oczekuje pani, że posłowie z innej partii będą wspierać manifestację, którą organizuje np. SLD?
- „Marsze równości” nie są organizowane przez partie.
- Ale są wspierane.
- Organizują je organizacje społeczne, a członkowie różnych partii są zapraszani. Większość boi się przyjść.
- To znaczy, że nie tylko SLD, ale i PO czy PiS prowadzi dyskusję o niczym?
- Wręcz przeciwnie.  Prawo do aborcji, do współfinansowania przez państwo zapłodnienia in vitro, do rzeczywistego równouprawnienia kobiet i osób niepełnosprawnych oraz oczywiście wszelkich mniejszości, w tym seksualnych, należą do najważniejszych praw człowieka.

- Ważnym prawem człowieka pozostaje też prawo do godnego życia, czyli pracy i zarabiania na życie. Tymczasem łatwiej mu wywalczyć prawo do zawarcia legalnego związku homoseksualnego…
- Jest pan w błędzie. W PRL prawa człowieka nie były w pełni respektowane, a mieszkania budowano.
- Przyzna pani poseł, że PRL był to świat paradoksów, w którym z jednej strony występowano o prawa człowieka, z drugiej ich nie respektowano. A wracając do współczesności, to SLD mówi o aborcji od wielu lat i wciąż nic się w tej sprawie nie dzieje…
- SLD ile razy miała możliwość, zawsze liberalizowała politykę w tej kwestii, np. w 1996 roku. Próbowaliśmy także w latach 2001-2005, kiedy mieliśmy jedynie 200 posłów, a razem z Unią Pracy 217 posłów. Tymczasem większość wynosiła 230 posłów.
- Od 1996 roku minęło 13 lat, czyli od tylu lat SLD mówi o aborcji i nic w tym kierunku nie robi. Ciągle mówi…
- Wykazuje się pan brakiem znajomości faktów…
- A co takiego się zmieniło w tej sprawie od 1996 roku?
- W 2004 roku złożyliśmy, napisany przeze mnie, projekt liberalizacji ustawy antyaborcyjnej. Przeleżał kilka miesięcy u Marszałka Sejmu. Wstyd powiedzieć – naszego (Oleksy). W 2005 roku nie został dopuszczony do pierwszego czytania. Nie można mówić, że się nic nie robi…
- Dla mnie jednak to tylko przełożenie słowa mówionego na pisane. W rzeczywistości nic się nie zmieniło…
- (śmiech). No nie, a pan to by chciał bomby podkładać!
- Ja bym chciał, żeby partia, idąc do wyborów z jakimś programem, dostając się do parlamentu, po prostu go realizowała. Ale każda partia w Polsce tylko mówi.
- Program realizuje się wtedy, kiedy ma się w parlamencie większość…
-…czyli raz na 13 lat.
- Żadna partia nie miała od 1997 roku większości.
- A nie wynika to zwyczajnie z upadku polskiej polityki, która nie polega na zmienianiu rzeczywistości, tylko na prowadzeniu jałowego dialogu prowadzącego donikąd? Jak ocenić sytuację, w której partia od tylu lat nie realizuje jednego ze swych punktów programowych?
- Powtarzam panu raz jeszcze: jeśli nie ma się w parlamencie większości, nie zrobi się nic. Dotyczy to każdej partii. Demokracja polega na tym, że partie przedstawiają programy, a wyborcy je akceptują bądź nie. Niestety, jeśli nie ma się większości, to trzeba zawierać koalicję i… odstępować od realizacji pewnych punktów.
-Tak jak PiS z LPR i Samoobroną czy PO z PSL!
- Właśnie. Nie można jednak mówić, że się nic w tej sprawie nie robi. Mówienie i pisanie jest niezwykle ważne, bo zmienia społeczną mentalność. Gdyby nie było w polityce mnie, która od lat mówi, że Kościół jest pięć razy „b”: bezduszny, bezkarny, bezideowy, bogaty i bezczelny, to być może wyniki ostatnich badań nie okazałyby się tak kompromitujące dla Kościoła. Reprezentatywna próba 800 zaangażowanych, ideowych katolików, na co dzień współpracujących z proboszczami, oceniła źle swoich księży. Jako chciwych, nieliczących się z wiernymi, którzy czego innego nauczają, a co innego robią, miewają konkubiny, dbają głównie o siebie, a nie o wiernych. Najprawdopodobniej, gdyby nie moja wieloletnia działalność oratorska i pisarska w tej kwestii, wierni nawet by się nie odważyli pomyśleć, a co dopiero powiedzieć o tych bulwersujących sprawach. Słowa są silniejsze niż armia, tylko muszą paść na podatny grunt. I właśnie Lewica taki grunt stwarza. Jeszcze ileś lat temu było nie do pomyślenia, żeby mówić o pewnych rzeczach: o współfinansowaniu przez państwo zapłodnienia in vitro, o eutanazji, o rozdziale Kościoła i państwa, pedofilii duchownych… Teraz się o tym mówi i to właśnie dzięki takim m.in. ludziom jak ja.

- Myślę, że od zmieniania rzeczywistości poprzez słowo są naukowcy, pisarze, publicyści. Politycy mają zmieniać rzeczywistość prawną. Problem polega na tym, że nic w tym kierunku nie robią, jedynie mówią i piszą…
- Faktycznie  naukowcy, którzy badają i opisują rzeczywistość, nie mają możliwości jej zmieniania. Ale idee, jeśli padają na podatny grunt, powodują zmiany społeczne, Właśnie dlatego jestem i naukowcem, i politykiem. Czego nie mogę dokonać jako polityk, robię jako naukowiec, i odwrotnie.
- Ale chyba nie na tym polega obecność we władzy ustawodawczej. Etymologicznie rzecz ujmując, pani poseł uczestniczy w stanowieniu prawa, a nie w mówieniu czy pisaniu na jego temat. Nie można się wciąż tłumaczyć tym, że w Polsce niewiele da się zrobić, jeśli nie ma się w sejmie większości.
- Wszędzie na świecie tak jest… Byłoby jeszcze gorzej, gdyby doszło w Polsce w niedalekiej przyszłości do obowiązywania systemu dwupartyjnego.

- Dlaczego? System dwupartyjny, kiedy jedna partia rządzi, a druga ją rozlicza, może nie byłby złym rozwiązaniem…
- Problem polega na tym, że w tej chwili sympatie społeczne koncentrują się na dwóch prawicowych partiach.
- Owszem, PiS i PO wywodzą się z prawicy, ale PiS to raczej quasi-partia socjalna, a PO wcale nie jest tak liberalna, za jaką uchodzi.
- PiS nie jest partią socjalną, to partia quasi-totalitarna.
- Mówimy o programie, a nie o sposobie kierowania partią, bo jeśli o to chodzi, to wszystkie partie w Polsce cechuje system wodzowski.
- Platformę Obywatelską też.

- Rozumiem, że opowiada się pani poseł przeciwko systemowi dwupartyjnemu, bo ma instynkt samozachowawczy i wie, że SLD nie ma na to żadnych szans. Ale pocieszę panią poseł: sporo politologów twierdzi, że SLD i PSL prędzej weszłyby do systemu dwupartyjnego niż PiS, bo mają lepszą bazę samorządową.
- Problem polega na tym, że nie mamy w Polsce dwóch na tyle odmiennych partii, by ów system mógł prawidłowo funkcjonować.
- Ale i system wielopartyjny nie funkcjonuje, gdy słyszę, że od 13 lat w jakiejś kwestii niczego nie dokonano, bo nie ma ona wystarczającego poparcia…
- To nieprawda. Wkłada mi pan w usta słowa, których nie wypowiedziałam.
- Czyżby? Sama pani poseł powiedziała, że w 1996 roku wprowadzono ustawę, a potem nic.
- Tak, jeśli chodzi o aborcję.
- Był to wasz ważny punkt programu!
- Oczywiście, i nie odpuścimy…
- Ale zalegalizowanie związków homoseksualnych wciąż pozostaje na papierze, a jest to również jedno z haseł SLD.
- Zwracam panu uwagę na to, że wciąż nie są zalegalizowane konkubinaty heteroseksualne.
-To już nie wiem, czy SLD chce legalizacji związków homoseksualnych, czy nie.
- Wszystkie partie boją się w Polsce biskupów.
- SLD też?
- Gdy premierem był Leszek Miller, niestety też…
- Z jednej strony system wielopartyjny nie działa, a z drugiej partie wcale nie chcą realizować swoich programów, tylko rozmawiać o nich. Może jednak warto wprowadzić system dwupartyjny?
- To są bzdurne pomysł, tak samo jak okręgi jednomandatowe. Okręgi jednomandatowe to jedne z głupszych pomysłów, bo oznaczałyby one budowę w Polsce 460 stacji we Włoszczowej.
- Nie docenia pani wyborców.
- Doceniam, ale znam polityków. Większość chciałaby kupić przychylność swoich wyborców za państwowe pieniądze i wydawać je bezsensownie, jak Gosiewski na Włoszczową.
- A w czym owa sytuacja jest gorsza od obecnej, kiedy poseł nie jest w żaden sposób związany z obywatelem, tylko kurczowo trzyma się partii i odpowiada przed jej szefem, który daje mu pierwsze miejsce na liście wyborczej.
- Pan ma zbyt małą wiedzę…
- …słucham zatem.
- Np. w województwie poznańskim startowała z trzeciego miejsca Krystyna Łybacka. Zdobyła jedyny mandat. Uzyskała trzy razy więcej głosów niż kandydat z pierwszego miejsca na liście w tym okręgu.

-To skąd ta walka w PiS czy w PO o pierwsze miejsca na liście? Skąd owe desanty znanych ludzi w nieznane im miejsca? Czy ma to cokolwiek wspólnego z demokracją?
- Obywatele mają wybór. Jeśli ktoś im nie odpowiada, nie muszą na niego głosować.
- A nie łatwiej wprowadzić JOW-y, które mają więcej wspólnego z demokracją?
- Jestem odmiennego zdania. Uważam, że całkowicie wypaczyłyby one idee demokracji, ponieważ Sejm nie zajmuje się rozwiązywaniem indywidualnych spraw wyborców ani załatwianiem spraw regionalnych. 95 proc. spraw to sprawy ogólnopaństwowe.

- Problem w tym, że obecnie Sejm nie zajmuje się ani sprawami państwa, ani sprawami regionów, gdyż jego prace są ciągle paraliżowane.
- Czy zatem według pana powinno się Sejm zlikwidować?
- Czegoś takiego nie powiedziałem…
- … ale trochę opowiada się pan za okręgami jednomandatowymi, które są sprzeczne z Konstytucją i ze zdrowym rozsądkiem. Poseł byłby bardziej związany z regionem, a mniej z własną partią. Z czasem – zamiast partyjnych – tworzyliby własne komitety wyborcze.
- Nie rozumiem, co jest złego w tym, że poseł będzie przywiązany do obywateli, a nie do partii? Przecież na tym polega demokracja, że poseł służy ludziom, a nie partii.
- Nie. Poseł ma służyć Rzeczypospolitej Polskiej.
- Ale Rzeczypospolita to obywatele, a nie partie.
-Tak, Rzeczypospolita to obywatele, jednak interes obywateli mieszkających na ścianie wschodniej jest inny niż interes ludzi żyjących w dużych aglomeracjach.
- Wtedy wszystkie grupy byłyby reprezentowane.
- Teraz też tak jest.
- Ale obecnie poseł realizuje interes partii, a nie obywatela.
- Najlepiej więc stworzyć system… jednopartyjny.
- Może bez ironii… Co widzi pani złego w systemie dwupartyjnym? Wiadomo by było, kto i jak długo dzierżył władzę, co obywatel mógłby w prosty sposób rozliczyć. PO nie tłumaczy się ustępstwami, jakie musiało poczynić na rzecz PSL, a PiS nie tłumaczy się ustępstwami poczynionymi na rzecz LPR i Samoobrony.
- Obywatel nas stale rozlicza…
- …a polityk stale kręci. W systemie dwupartyjnym jest sytuacja jasna i klarowna.
- W systemie jednomandatowym istnieje niebezpieczeństwo, że dojdzie do rozdrobnienia.
- W systemie dwupartyjnym nie ma mowy o rozdrobnieniu. Nie widzę rozdrobnienia w Anglii, Stanach Zjednoczonych, a we Francji obowiązuje system dwupartyjny zmodyfikowany, dwustopniowy – jest więcej partii. Już słyszę, że Stany Zjednoczone mają długą historię demokracji…
- Właśnie.
- Ale polska Konstytucja 3 maja była pierwsza w Europie i uchwalona zaledwie 4 lata po konstytucji Stanów Zjednoczonych.
- Tylko że zaraz po Konstytucji 3 maja doszło do rozbiorów.
- Z tą traumą sprzed ponad 200 lat Polska już się chyba uporała…
- Tak, ale jeśli mamy iść w tym kierunku, to gratuluję.
- Chce pani powiedzieć, że system dwupartyjny w Polsce doprowadzi do rozbiorów?
- Nie, ale nawiązanie do Konstytucji nasuwa takie wnioski.
- To, że w taki, a nie inny sposób potoczyły się koleje Polski, nie oznacza jeszcze, iż system dwupartyjny spowoduje rozbiory Polski. Jedyne, co to dowodzi, to tezy o pięknej demokratycznej przeszłości naszego kraju. Zatem Polska, podobnie jak Anglia czy Francja, też by mogła mieć system dwupartyjny, tylko że klasa polityczna tego nie chce.
- W tej chwili mamy małe doświadczenia z rządami demokratycznymi. Jak widzę, są ciągoty, by wrócić do PRL-owskiego Frontu Jedności Narodu.
- Gdzie pani poseł widzi owe ciągoty?
- Ze strony PO i PiS. Władza silnej ręki zawsze pociąga…
- A czy aby obawy przed systemem dwupartyjnym nie wynikają z faktu, że wyciąłby on większość tak zwanej klasy politycznej? Stąd owa niechęć pani poseł do system dwupartyjnego?
- Być może część polityków kieruje się interesem własnym. Mnie akurat to nie dotyczy, nie jestem posłem zawodowym. Moje główne miejsce pracy to uniwersytet.
- Nie jest pani weberowskim typem polityka z zawodu?
- Nie jestem. Dzięki temu moje wypowiedzi nie są zabarwione interesem osobistym.

- Rzeczywiście zauważam, że obawa posłów przed utratą intratnej posadki bywa spora…
- Wymiana personalna i tak jest duża, bo około 60 proc. posłów zmienia się w każdej kadencji.
- Nie zmienia to faktu, że od wielu lat widzimy w parlamencie te same twarze. Zmienia się czwarty, piąty szereg…
- Tak, ale w pierwszych rzędach jest zaledwie 40 posłów.
- 40 proc. posłów?
- Nie, nie 40 sztuk.

- Rozumiem, że ani SLD, ani żadna inna partia nie jest skłonna wprowadzić systemu dwupartyjnego choćby po to, by później uzyskać realną władzę i np. zmienić prawo aborcyjne w Polsce…
- Systemu dwupartyjnego nie można zadekretować.
- Tak, można na to czekać wiele dziesiątków lat, jednak można także opowiedzieć się za systemem wyborczym, który stworzy system dwupartyjny.
- Polacy sami eliminują partie, które nie odpowiadają ich poglądom, które ich nie reprezentują. Teraz zostały de facto tylko cztery. Widać wyraźnie, że zmierzamy w kierunku zmniejszenia liczby partii.
- Skoro tak, to czemu się krępować?
- Być może również w Polsce z czasem dojdzie do systemu dwupartyjnego. Nie ma potrzeby, by ten proces przyspieszać, zmieniać konstytucję…
- Wówczas jedna z partii uzyskałaby konkretną władzę.
- Tak, ale obecnie byłaby to zapewne Platforma Obywatelska, które  nie wie, co z władzą zrobić.
- Podobnie jak SLD, gdy miało większość.
- Cóż poradzić. Władza odbiera rozum…
- Taka polska rzeczywistość?
- Nie tylko polska. Każda. System dwupartyjny nie gwarantuje realizacji wyborczych obietnic, a co najwyżej to, że straci się władzę po upływie kadencji, jeśli tych obietnic się nie zrealizuje.
- I to już jest sukces. Sukces, gdyż ten system daje szansę na rzetelne rozliczenie polityków.
- Bez przesady.  Byłoby to samo, co i teraz. Partie nie wygrywają dzięki własnym zasługom, ale wskutek błędów popełnianych przez przeciwników.
- Ów system gwarantuje jasną sytuację, kto rządzi i kto za co odpowiada. Daje to szansę na jasne rozliczenie, co jest już sukcesem.
- Nie, a najlepszym dowodem są rządy PO, która nie robi nic, a ma wyższe poparcie niż na początku.
- Może ma na kogo zwalać winę, czyli na koalicjanta, PSL, bo nie sama rządzi.
- W systemie dwupartyjnym też można mieć różne wymówki…

Rozmawiał Grzegorz Makuch

 

This article was posted in Publicystyka wywiady and tagged , , , , . Bookmark the permalink. Follow comments with the RSS feed for this post. Post a Comment or leave a trackback: Trackback URL.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018 Energetyka i Polityka. All Rights Reserved.
Powered by WordPress. Tiger theme by Jo Cox Design